Jolanta Borusiewicz

Moje codzienne życie


Stary wiersz

… Już jestem po praniu… Wyprana przedewszystkim z sił! Ale, znalazłam obiecany wiersz, który absolutnie nie jest poezją. Tylko taki żartobliwy opis wiosennych porządków, które mam w zwyczaju robić na wiosnę i jesień. Przeglądam wtedy moją garderobę i to z czego zrezygnuję, lub już nie modne (chociaż moda ciągle powraca!), daję do skupów, gdzie zbierają stare,używane ubrania, które po części idą na wyprzedaż, a resztę wysyła się do krajów w potrzebie. I właśnie przy takiej okazji powstał ten śmieszny, autoironiczny zapis…

(28 listopad 2011)

Porządki


zabrałam się do porządków, sortowania życia
już mi nic nie potrzeba, najlepiej jak powyrzucam
trochę głupot z młodości, smutki gdy byłam młoda
ta napchana walizka nie będzie potrzebna u Boga

Zabrałam się w poniedziałek, była straszna plucha...
co widzę ładna sukienka nosiłam ją gdy byłam chuda,
faceci jak muchy do słodyczy, lepili się bez litości.
Trudno zapomnieć, nie pamiętać wspomnienia z wczesnej
młodości.
Tu znów, szalik różowy — prosto z Paryża, 
kupiłam go bo był piękny, wszyscy się zachwycali. 
Tato tylko się złościł, że wyrzucam pieniądze na bzdury,
że nie praktyczny kolor, że będzię się brudził…
A tu kilka pasków z gumy, szerokiej, czarnej z klamrą…
ściskały, aż do bólu — trudno było oddychać. 
Lecz każda z nas, chciała być piękna, chudziutka jak Lolita.

Jeszcze trochę pogrzebię, pomarzę — może coś zatrzymam… 
Oj, tak się w końcu rozczuliłam do łez,
że chyba pójdę do kina.

(23 Listopad 2009)


O modzie i mojej sukience

Będąc małą dziewczynką, chciałam być architektem, ilustratorką książek a najbardziej projektantką mody, koniecznie Mody Polskiej! Zawsze lubiałam rysować, dobrze mi to szło a pomysłów miałam co nie miara! Pamiętam jak w biednej Polsce, to było pod koniec lat 60-tych, nagle ukazały się w sklepie materiały. Moja mama lubiała szyć,ale nie jakieś tam piękne sukienki, czy ubrania… nie, tylko poszewki, pościel, obrusy itp. Raz kupiła piękny, różowy materiał na poszwy. Jak go zobaczyłam pomyślałam sobie, że szkoda takiego ładnego materiału na poduszki, czy pierzynę, lepiej uszyć piękną sukienkę, oczywiście dla siebie! Taką a là Brigitte Bardot!

Po zaprojektowaniu wymarzonego modelu, w tajemnicy pocięłam ten mamy skarb i uszyłam sobie kapitalną według mnie, sukienkę. Oczywiście potem, za ten czyn dostało mi się od mamy… ale tu nie wypada opisywać kompromitujących faktów. Mimo wszystko byłam zadowolona i dumna, że mi się udalo i jeszcze do tego cieszyłam się uznaniem moich kolegów i koleżanek szkolnych.

Z przyjemnościa jak nigdy, maszerowałam do kościoła w którym wszyscy mogli podziwiać moje dzieło. Pamiętam to do dziś… to były naprawde piekne, romantyczne dni!

Jeszcze ciekawostka à propos tej mojej sukienki à la B.B. co sobie uszyłam. W tym czasie chodzenie do kościoła, było zabronione. Były represaria itd, wiesz dobrze sama! Ale mimo wszystko kościół, był najlepszym miejscem do pokazania się — to był mój wybieg = scena. Problem był ten, że materiał przeznaczony na poszwy, gęsto tkany, by nie przepuszczał puchu, pierza, był ciężki, opadający i nie chciał za nic stać tak, jak suknie na fotografiach Brigitte Bardot. Aby zaradzić temu wzięłam mojej starszej siostry papier do oprawiania książek, ew. wykładania półek w kredensie. Namarszczyłam, doszyłam grubą gumkę, taką do majtek, zamiast paska i sukienka stała jak parasol!

Byłam przeszczęśliwa, że się udalo, ale jak ludzie zaczęli się pchać na siłę, do już przepełnionego po brzegi kościoła, moja sukienka zaczęła nie tylko szeleścic tak jak to papier lecz coraz bardziej ciśniący się tłum zgniatał moją halkę, która w końcu rozdarła się w kilku miejscach i sukienka wisiała na mnie jak na wieszaku z pod której wystawały strzępki potarganego papieru! Możesz sobie mnie wyobrazić. Szkoda, że nie mogłam sama siebie w tej kreacji oglądać. Napewno bardzo śmiesznie wyglądałam… w dodatku z tak poważną i zadowoloną miną. Mam więcej takich bardzo śmiesznych zajść. Oj, oj, oj to były urocze lata…

Górolka

Mimo lat, tego wszystkiego co osiągnęłam w moim życiu… dalej marzy mi się projektowanie! I dlatego między innymi, w zeszłym roku, posłałam na konkurs, do szwedzkiego magazynu ELLE, projekt sukni na wieczór. Miał to być projekt takiej kreacji, jaką bym sama chciała mieć. Taką by dla mnie uszyto w wypadku gdybym wygrala konkurs! To była główna nagroda.

Niestety, kariera projektantki nigdy nie była mi dana. Nie wygralam, ale projekt jaki zrobiłam mam na pamiatkę.

Zawsze zainteresowana byłam modą. To pewien rodzaj twórczego myślenia, spełnienia się. Podświadoma lub świadoma sygnalizacja kim się jest, co człowiek lubi, co go interesuje i do jakiej grupy ludzi należy. W reportażach opisujących moje występy, bardzo często poświęcano uwagę moim kreacjom scenicznym i nie tylko. Redaktorzy różnych pism, interesowali się moim stylem. Według nich, zawsze bylam orginalnie ubrana. Chyba to mi zostało do tej pory. Poprostu lubię ubrać się po swojemu!


Historia o kapeluszu

Trudno sobie wyobrazić to, że nowy okres śpiewania nastąpił z powodu — kapelusza! Wręcz nieprawdopodobne, śmieszne zdarzenie, wpłynęło na moją dalszą karierę piosenkarska, tu w Szwecji!

I tak, w maju 1995 roku, Magazyn Kulturalny, Sköna dagar, w wolnym tłumaczeniu Miłe dni, którego byłam czytelniczką, zorganizował wycieczkę do jednego z najstarszych teatrów w Sztokholmie Confidance. Nie będę nudziła opowiadaniem, co, jak i dlaczego, ale w skrócie opiszę historię związana właśnie ze zdjęciem w kapeluszu!

Grupa zgłoszonych czytelników pisma, wynosiła o ile dobrze pamietam 32 osoby. W 90% kobiet… Przy powitalnym szampanie, nagle ktoś z tył, lekko mnie wziął za ramię i szepnął do ucha … czy mogę z Panią porozmawiać?.. Byłam mocno zdziwiona, przecież nikt mnie tam nie znał ani ja nikogo — nie wiedzialam o co chodzi, ale z grzeczności odpowiedziałam, proszę bardzo. Po chwili podeszła jeszcze jedna, elegancka pani, jak się później okazało — redaktorka tego pisma, z pytaniem, … czy zgodziła bym sie być modelką na chwilę…, wytłumaczyła mi, że potrzebują kogoś, kto mógł by zaprezentować, ten oto kapelusz, który będzie w następnym numerze miesięcznika do wylosowania, po chwili dodała z uśmiechem — Pani buzia, styl i całość, bardzo nam pasuje do przyszłego numeru, o modzie! Byłam zaskoczona, ale mimo wszystko odpowiedziałam, że skoro uważa, że nadaję się do tego celu a sesja zdjęciowa nie będzie trwała za długo, to proszę bardzo! I tak założono mi na głowę kapelusz, fotograf bardzo szybko zrobił serię zdjęć. Redaktorka oraz inni pracownicy redakcji, byli zachwyceni moją swobodą reagowania przed kamerą i po chwili z ciekawości, ktoś zapytał, … czy pani nie jest aktorką? Reaguje pani jak osoba, która urodziła się na scenie! Kim pani jest?

Opwiedzialam w skrócie, że byłam kiedyś znaną piosenkarką polską itd… itd… Zachwycona redaktorka moją niecodzienną historią, postanowiła zrobić ze mna wywiad, i opisać w piśmie przy okazji prezentacji tego zdjęcia w kapeluszu. W krótkim czasie ukazał się duży artykuł o moim życiu, karierze i pracy pedagogicznej z dziećmi w Szwecji.

Tu mogł by się skończyć ten epizod ale…

W niedługim czasie, dziennikarze szwedzkich czasopism, mieli mieć Uroczystość wręczenia prestiżowej nagrody dla najlepszego pisma roku, po czym miał być Fest. Rozglądano się, za dobrym zespołem oraz piosenkarą, która miała być atrakcją wieczoru. Redakcji tego wyżej opisanego miesięcznika, wpadł pomysł, że najlepiej i orginalnie, by było, gdybym ja, opisana w ich magazynie, zupełnie nie znana szwedom, stała się atrakcją tego wieczoru i wystąpiła w mojej dawnej roli — piosenkarki!

Gdy redaktorka wystąpiła z tą propozycją do mnie, wydawało mi się absolutnie nie realne; … po pierwsze, tak dawno nie śpiewałam(17 lat!), a poza tym nie miałam przecież kontaktu z muzykami. Ale w końcu po namowach i znalezieniu dobrego składu muzyków, zgodzilam się zaśpiewać, nie zdając sobie sprawy jakie konsekwencje po tym nastąpią.

Po moim występie,obecni na sali redaktorzy, nie mogli uwierzyć i pogodzić się z tym, że naprawdę przestałam śpiewać! Że poświęciłam się wyłącznie pracy pedagogicznej! … Jak możesz NIE ŚPIEWAC, skoro w dalszym ciagu śpiewasz z taką brawurą — padły pytania! W krótkim czasie, namówiono mnie na występy m.in, w klubach jazzowych. I tak przez przypadek — kapelusz , który potrzebował modelki na jeden dzień, Śpiewam! Wróciłam na nowo do tego, co kochałam, co zawsze robiłam a co porzuciłam, wyjeżdzając z kraju. I od kapelusza się na nowo zaczęło! Poprostu ironia losu!

PS. Dodam tylko,że gdyby nie spotkanie tego wieczoru z niezwykłym muzykiem, Leszkiem Jarmułą, napewno potraktowała bym ten powrót do muzyki tylko chwilowo. Ale o tym przy innej okazji!

W mojej sukience

znalazłam w kieszeni 
mojej sukienki
resztkę minionego lata
zaszyło się cichcem
przed smutną jesienią
wiszącymi chmurami nad lasem
i nie wiem jak przechować 
ten rąbek radości
czy zostawić go dalej w kieszeni
czy do szuflady w pudełeczku go schować
lub w białej pościeli zaścielić 

(26 Listopad 2009)

I say Stop

My frozen Wonderland

Nigdy nie wiadomo co nas może spotkać… I tak, po 10 dniach leżenia z powodu grypy, poczułam się lepiej, więc postanowiłam rozruszać zastałe kości i iść na spacer. Leżeć w łóżku nienawidze!!! To mnie nastraja negatywnie, daje poczucie beznadziejnej słabości. Poszłam więc jak zawsze, nad moje ukochane jezioro, by zobaczyć co tam się dzieje. Ja — nie poprawna entuzjastka, gdy zauważyłam co mróz zrobił z naturą — oniemiałam! Nagle zobaczyłam cuda!!! Natychmiast postanowiłam zrobić serię zdjęć, które nazwałam My frozen Wonderland! Bez opamiętania zaczęłam fotografować — najpierw panoramę jeziora,a potem szczegóły. Porwana pięknem tego co rozciągało się w zdłuż brzegu z pasją próbowałam ująć moje cuda z najbliższego dystansu — dlatego stanęłam na oblodzonych kamieniach, całkiem przy samym kancie, po to by jak najlepiej uchwycic to co mnie zafascynował. Chciałam przykucnąć by ustawić się jak najlepiej …i w tym momencie poślizgnęłam się — wpadając do jeziora!!! Przechodzący — gapili się, tak jak to szwedzi, dyskretnie mijając miejsce, w którym ja walczyłam z przeciwnościami losu, próbując za wszelką cene wygrzebać się na brzeg. W tym miejscu nie było głęboko, ale wydostać się z zamarzającej wody, po oblodzonych głazach, bez możliwości złapania się czego kolwiek, w dodatku ze strasznym bólem kolana i łokci, które uszkodziłam przy upadku, …w przemoczonych spodniach, butach — nie było łatwo. Byłam przerażona nagłym zajściem, że nawet nie zauważyłam że rozdarłam kurtkę. Bo najwięcej martwiłam się o mój nowy aparat, który na szczęście wisiał na przegubie uniesionej w górę ręki i dzięki mojej przytomności umysłu, nie wpadł do wody! Kamerze nic się nie stało — ja rozwaliłam sobie kolano i łokcie — oczywiście bolało, ale było warto, bo zdjęcia są bajeczne — prawda? (7 styczeń, 2012)

Wernisaż

Witam w ten dość słoneczny, mroźny dzień!

Dopiero teraz z dystansu, mogę opisać wydarzenie, które było zresztą jak całe moje życie dość dramatyczne. Wernisaż, wypadl wspaniale — tego naprawdę się nie spodziewałam. Nie spodziewałam się też, że tuż przed samym otwarciem wystawy, wszystkie wcześniej powieszone fotografie, spadną na ziemię jak liście jesienią. Ile paniki, trudno sobie wyobrazić, opisać, zrozumieć! W pośpiechu na nowo, wieszanie 32 fotografii!!! Zupelnie jak w filmie Zorba! A przecież wszystko, na 4 dni przed Wernisażem, było z dokładnościa milimetrową — powieszone. W końcu przy pomocy wielu chętnych, którzy już zdażyli wejść do salonu, nawet Konsula który miał oficjalnie otworzyć wystawę, zdażyliśmy uratowac sytuację i wszystko poszło jak z płatka! O sukcesie trudno mi pisać, chwalić się, no bo jak — nie wypada! Miło było, że prócz publiczności polonijnej, przyszło wielu szwedów, włochów, finów nawet dwóch młodzieńców z Rosji i dziewczyna z Ukrainy. Obecni byli też nasi szefowie, reprezentujacy tu w Królestwie Szwedzkim nasz kraj. I bardzo mnie ucieszył fakt, że tak pozytywnie odebrali mój pierwszy w życiu, Wernisaż! Jak Pan Konsul okreslił, pokazałam moje nowe oblicze, moja nowa pasję, umiejętność…

PS. Wystawa wisi w sercu Sztokholmu do końca lutego, a ja już jestem w innym projekcie, czyli ciągle Pcham do przodu.

Zimowy pejzaż barw

Zimowy pejzaż barw, to moje nowe fotografie z cyklu My frozen Wonderland. Słowo ZIMA, wywołuje tyle asocjacji co zapytanych o nią ludzi. Najczęściej pada odpowiedź biel-szarość. A dla mnie ZIMA, to kalejdoskop niezwykłych barw, niuansów. Chcę się podzielić tym, co zauważyłam, co uwieczniłam nad jeziorem Mälaren. Są to obrazy malowane przez zimę… zwykłą zimę ale gdy ją podpatrzymy-pełną niezwykłych kolorów wziętych z palety słońca, nieba i wiatru…


Jolanta Borusiewicz ma swoją stronę autorską w naszym magazynie. Podane linki, prowadzą do wszystkich jej publikacji

Marija Olshanska